Dalekim łukiem ominęła mnie - póki co - walna rozprawa między Łukaszem Warzechą a Wojciechem Sadurskim. Żyłabym sobie w głębokiej nieświadomości, gdybym wczoraj nie weszła na blog ŁW, skąd popłynęłam do Sadurskiego, zapragnęłam bowiem zaczerpnąć u źródła.
I tak dowiedziałam się, że zostałam zaszczycona odpowiedzią na komentarz "pod kreską" u Warzechy w wykonaniu prof. Sadurskiego ("Czerwony czerwonego"), co spowodowało wiadome konsekwencje.

Przeczytałam - i włos mi się zjeżył. Nie odwiedzam blogu Sadurskiego od czasu awantury z Kataryną, nie miałam więc bladego pojęcia, jakie kwiatuszki tam można znaleźć. Ale wcześniej zaglądałam często, "wpuścił mnie" tam pewien miły komentator, który napisał, że warto poszukać wartości znaczących dla innych ludzi - nawet jeśli się ich nie wyznaje.
Kiedyś było u Wojciecha Sadurskiego znacznie ciekawiej.

Założenie Warzechy w kwestii szczególnego pomysłu Senatu RP było proste jak sierp księżyca, tak jak prosta była cała sprawa: Senat ma co innego do roboty niż mącenie  w sprawie kryminalnej, w dodatku mocno nieetycznej , bo czym innym byłoby jednak n.p. zabójstwo w afekcie.


Widzę jeszcze stężałą ze zmartwienia twarz Zbigniewa Romaszewskiego, w którego wypowiedzi nie zauważyłam szczególnego entuzjazmu dla idiotycznego rozciagania sprawy w czasie i "prania" jej na szacownym, senackim forum. Senator Piesiewicz ma mózg na właściwym miejscu, jest doskonałym prawnikiem - i sam ocenił szanse.
 
Tak też napisałam: posądziłam to szanowne gremium o "zwykłą, ludzką" ciekawość. Ale naprawdę posądziłam o coś więcej: o chęć przewleczenia mecenasa przez niepotrzebne, dodatkowe błoto, czego już nie napisałam. Bo pomóc nie można, a nie sądzę, żeby ktoś miał w senackich ławach samych "przyjaciół od serca". Wiem, wiem, że "Senat stanął murem...", ale co właściwie mieli zrobić ci, którzy chcielibyby oszczędzić dalszych upokorzeń Piesiewiczowi?
 Gdyby nie chodziło o tę "zwykłą, ludzką ciekawość"  - po co przesłuchanie w Senacie? Co w tej sprawie nie jest jasne? Senat podejrzewa stan umysłu, określany jako "pomroczność jasna"?
 
Wystarczyło odmówić prośbie Piesiewicza.
Więc co da przesłuchanie, poza sensacją we wszystkich mediach, także tych bynajmniej nie uważanych za "brukowce"?

"Komuś zależy na kontynuowaniu tej szopki" -  napisałam.

"Brukowcom" -  odpowiedział Sadurski,  jak zapodaje w swoim wpisie. Z paskudnym dodatkiem.

Rzeczowość tej odpowiedzi bije po oczach...

Dla mnie  Senat - nie uchybiając porządnym ludziom - nie jest miejscem tak szacownym, jakim powinien być, odkąd zaczęli tam polityczne kariery ludzie podejrzani,  a Beata Sawicka omal nie została senatorem RP z woli partii rządzącej.  To Senat, włożył kij w mrowisko, dopatrując się "wady woli" wyrażonej jasno przez Piesiewicza, dając tym samym okazję do taplania się w bajorku każdemu, "kto żyw".
Nie mogę mieć wysokiego mniemania, przynajmniej o części Senatu, ale żeby aż nazwać go "brukowcem''...

 Mniejsza o rzeczowość. Czytając wpis prof. Sadurskiego doznałam olśnienia: to można aż tak?


" Na takie dictum odpowiedziałem, że (1) owszem, toczę prywatną wojnę z brukowcami, czyli szmacianymi gazetami, takimi jak Jego, a „dziennikarzy”w nich zatrudnionymi traktuję jako pracowników rozrywki, wcale nie lepszymi moralnie od Pań, które nakręciły sobie filnik z Senatorem."

Prześliczne.


"No dobrze, wiem, że trochę niesprawiedliwie wykorzystałem swoją wyższość, bo u Redaktora Warzechy z poczuciem humoru, lekkością stylu i błyskotliwością jest nienajlepiej – ma po prostu inne zalety, ale akurat nie te. Mnie z kolei przy wszystkich moich olbrzymich wadach i grzechach – te sprawy nie przychodzą z wielkim trudem więc rozumiem, że Pan Warzecha mógł czuć się trochę rozżalony, tym bardziej że on z tego się utrzymuje, a ja nie".

Podziwiam lekkość stylu i dowcip  p r o f e s o r a  Sadurskiego, zaiste...

Brutalność tego ataku byłaby przerażająca, gdyby nie była po prostu śmieszna. Aż prosi się, żeby przywołać cytat, znaleziony niegdyś na blogu Adama Biela:

 -"Wykształciuch – osoba nie rozumiejąca znaczenia słowa “wykształciuch”. Równie dobry żart (chyba)?
 
Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że człowiek świetnie wykształcony,  który doskonale powinien  rozumieć pojęcie "etyka", niezaatakowany personalnie - nagle napada zza węgła na blogera ( bo na "salonie" obaj panowie sa wyłącznie blogerami), mającego własny osąd - i pełne do niego prawo. Po to wlaśnie prowadzi się blog.
Wroński napisał  tu kiedyś, że nie nazywa się "Gazeta Wyborcza" - i uznaję Jego prawo do takiego myślenia, bez względu na inne kwestie.

Niewątpliwie Łukasz Warzecha pracuje w "Fakcie", którego wydawcą jest Axel Springer, wydający także "kolorówki". Niewątpliwie te wydawnictwa są potrzebne, jeśli mają czytelników na całym bożym  świecie.  Tu powinnam oświadczyć, że sama nie czytam, co niniejszym czynię, ale ja nie jestem dobrym przykładem: nie oglądam też głupich amerykańskich filmów, nie czytam "Gazety", nie oglądam Wojewódzkiego, nie wiem, kto "Ma talent", nie znam większości celebrytów...